Site Overlay

Luizjana – Łowcy aligatorów

Łowcy aligatorów – Luizjana

Artur Owczarski, Bruce Mitchell

Wyruszając do Luizjany po materiał na kolejną książkę postanowiłem spędzić trochę czasu na bagnach w towarzystwie kogoś, kto spędził na nich większość życia. Moim przewodnikiem został Bruce Mitchell, nazywany „Alligator Man” z obsady programu telewizyjnego – Swamp people – „Ludzie bagien”. „Alligator Man” to jego przydomek marketingowy. Bruce ma bardzo charakterystyczny wygląd. Zawsze ubrany w jeansowe ogrodniczki z zawiązaną na głowie bandaną w barwach flagi narodowej USA. Długie siwe włosy i wydatny brzuch. W lato nigdy nie zakłada t-shirtów. Producent jeansów, które nosi Bruce, związał się z nim kontraktem wiele lat temu. Aligator Man bez tych spodni i bandany byłby jak superman bez peleryny. To jego znak rozpoznawczy.

Dom Bruce’a stoi w cieniu starych drzew, na których swoje codzienne koncerty urządzają okoliczne ptaki. Cały teren pokryty jest gęstą zieloną trawą. Urokliwe i niezwykle przyjemne miejsce do życia. Zanim ruszyliśmy na bagna, usiedliśmy na werandzie i porozmawialiśmy.

–      Skąd Twoja miłość do bagien, Bruce?

–      Na bagnach się wychowałem. Dziadek mnie ciągle tam zabierał. To mój drugi dom. Tam polowałem jako mały chłopak i dalej tam poluje.

–      Dlatego zaprosili Cię do udziału w programie telewizyjnym?

–      Tak, pewnie tak, oni sami się zgłosili. Szukali ludzi, którzy wrośli w bagna. Zjedli tam zęby. Przez trzydzieści lat razem z żoną i moim teściem prowadziłem dużą firmę, farmę z aligatorami i żółwiami. Skupowaliśmy i rozmnażaliśmy żółwie, a następnie wysyłaliśmy milionami na eksport. Polowaliśmy też na aligatory i skupowaliśmy je od innych myśliwych. Mieliśmy dużą rzeźnię. Przetwarzaliśmy je, odzyskiwaliśmy skóry. Wysyłaliśmy za ocen do 50 ton rocznie. Zatrudniałem 38 osób. To był duży biznes.

–      Jakie żółwie wysyłaliście na eksport? Takie z czerwonymi paskami po obu stronach pyska?

–      Tak, to te.

–      Mieliśmy ich mnóstwo w Polsce. Była na nie duża moda. Dzieciaki w pewnym momencie oszalały na ich punkcie.

–      Spora szansa, że były od mnie. Podobna moda była w wielu innych krajach na świecie, ale z czasem minęła. Jak my byliśmy mali, to bawiliśmy się z żółwiem, psem i z kotem. Teraz dzieciaki siedzą przy konsoli. Po co im żółw.

–      Jak długo musisz hodować aligatora, żeby nadawał się do zabicia?

–      Rok.

–      Ok, one nie muszą dużo jeść, więc to pewnie opłacalne…

–      Jak chcesz, żeby rosły, to musisz dać im dużo jeść – zaśmiał się Bruce – można też na nie polować. Wtedy masz wyrośnięte sztuki, których nie musiałeś karmić. Można je przerobić na mięso albo sprzedać. W dobrych czasach zarabiałem do 45 tysięcy dolarów w 15/20 dni polowań. To były szybkie pieniądze.

–      Czemu ceny spadły?

–      Przez farmy, wyhodowali ich tak wiele, że cena musiała spaść. Pływali na bagna, zbierali jajka, hodowali młode. To musiało zabić ten biznes.

–      Kiedy to się stało?

–      Parę lat temu.

–      Czyli programy telewizyjne o polowaniach na aligatory kręcone są tylko dla potrzeb telewizji. Nie opłaca się już polować?

–      Tak, nie opłaca się

–      No dobra, ale zabijaliście je na wizji. Mogliście je sprzedać. Jaka jest teraz cena?

–      5 dolarów za 2 metrowy okaz. Połowę tej ceny zabiera właściciel ziemi na której polujesz. 2,5 dolara zostaje Ci w kieszeni. Z tego musisz zapłacić paliwo, poświęcić czas. Sam cholerny haczyk i lina są więcej warte niż aligator – zarechotał Bruce.

–      Dlaczego buty ze skóry aligatora, portfel, paski do zegarków są dalej takie drogie, jak płacą 5 dolarów za całego zwierzaka i czemu sam nie zacząłeś takiej produkcji? Marża wydaje się gigantyczna.

–      Tak, te produkty trzymają cenę. Problemem jest garbowanie skóry aligatora. Tutaj nikt tego nie robi. Trzeba je wysłać za granicę. To jest ukrywana od stuleci tajemnica. Jak dobrze garbować te skóry. Nigdy nie przeprowadzają całego procesu w jednym miejscu, żeby ludzie nie poznali tej technologii. Część pracy wykonują tutaj, ale główna robota odbywa się we Francji.

–      We Francji? Przecież oni nie mają tam aligatorów.

–      Tak, we Francji. Robią to jeszcze w kilku innych miejscach na świecie, ale te z Francji są najlepszej jakości.

–      Jak się łapie aligatory na bagnach?

–      Rozciągasz linę nad kanałem. Wieszasz haki, a na nich kurczaki. Wracasz po kilku godzinach albo dniach i zbierasz je z tych haków. Większość jeszcze żyje, więc trzeba je zastrzelić. Można też strzelać do nich z łodzi, ale to ryzykowne, bo trafiony może zejść pod wodę i trudno go znaleźć. Unikamy jedynie polowania na samice.

–      Jak je rozpoznajecie?

–      One mają przy sobie małe albo trzymają się w pobliżu gniazda.

–      Zawsze zabierasz broń na bagna, zawsze masz broń przy sobie?

–      Zawsze, tak mnie wychowano. Wychowano mnie w lesie, na bagnach. Pierwsza rzecz jaką biorę do ręki, jak wstaję z łóżka, to mój nóż i pistolet.

–      W moim świecie nikt tak nie myśli.

–      Tu jest inaczej. Tu wychowujesz się z bronią. Jej posiadanie jest naturalne.

Bruce wstał zza stołu sięgnął do kieszeni swoich ogrodniczek i rzucił na stół nóż i składany maleńki pistolet oraz krzesiwo.

–      Te trzy rzeczy mam zawsze przy sobie – powiedział.

–      Co to za maleństwo? Na węże? – wskazałem na pistolet.

–      Aligatora też tym zastrzelisz. Jest bardzo mały, składany i mieści się bez problemu w kieszeni. Idealny dla mnie. Dawno z niego nie strzelałem, ale sezon polowań dopiero we wrześniu. Przez lata bagno nas utrzymywało. Nie tylko żywiło, ale dawało zarobić. Polowaliśmy nie tylko na aligatory, ale np. na nutrie. Polowaliśmy na nie, skórowaliśmy i wysyłaliśmy do Rosji. Niestety ten biznes też się skończył. W 2008, jak był międzynarodowy kryzys finansowy, to się skończyło. Wcześniej dostawaliśmy nawet 15 dolarów za futerko. Ich są tutaj miliony. To był dobry biznes. Możesz złapać 200, 300 sztuk dziennie. Wyobraź sobie, ile to pieniędzy.

–      Jak łapiesz tyle w jeden dzień?

–      Strzelasz do nich. One są wszędzie. Ale zapomnij o tym, teraz moda na prawdziwe futra przeminęła. W ogóle kiedyś można było popłynąć na bagna i przywieźć stamtąd sporo rzeczy na sprzedaż. Ja się tak wychowałem. Mniej więcej do mojej czterdziestki, polowaliśmy, łowiliśmy raki, żaby, ryby, krewetki, kraby, tropiliśmy, zakładaliśmy pułapki. Co miesiąc co innego. Tak utrzymywały się całe rodziny. Teraz już tego nie ma. Jestem pewnie ostatnim pokoleniem, które pamięta taki styl życia. To minęło. W tym już nie ma pieniędzy.

–      To co się jeszcze opłaca?

–      Raki. Jest spory popyt wewnętrzny i wśród turystów. Ludzie kochają kuchnię Cajun, luizjańską kulturę. Chcą tradycyjnych potraw. Raki, kiełbasa, kukurydza, to podstawa.

–      Raki są wszędzie ale nie wszędzie można łowić. Do kogo należą bagna? To są wielkie tereny…

–      W tej chwili większość należy do stanu. 100 lat temu bogacze i banki kupowali wielkie działki na bagnach. Kupowali je za bezcen, a potem zaczynali wycinkę. Jak się pozbyli drzew to ściągali firmy naftowe. Na bagnach powstały odwierty. Ludzie bogacili się, sprzedając ropę. Wszyscy dzierżawili też ziemie myśliwym i traperom, ale jak wiesz, to się też przestało opłacać, mam na myśli polowania, więc nie ma już chętnych do dzierżawy ziemi. Od ziemi trzeba płacić podatki, więc zrobił się problem. Ludzie mieli wielkie działki, na których stało kilka odwiertów, ale reszta ziemi leżała odłogiem i generowała koszty. Luizjana wprowadziła prawo polegające na tym, że jeśli oddasz ziemię stanowi, to nadal zachowujesz prawo do ropy, która się na niej znajduje. Ludzie zrzucili z siebie obciążenia podatkowe, dalej zarabiają na ropie, a stan odzyskał ziemię.

Po ponad godzinnej pogawędce postanowiliśmy ruszyć na bagna. Wskoczyliśmy w dwudziestoletniego trucka Bruce’a, za którym ciągnęliśmy przyczepę z łódką. Ten samochód pamięta nie jedno polowanie – pomyślałem. Za oknem, jak co dzień, padał deszcz. Bruce nagle wypalił, jakby czytał w moich myślach:

–      Wiesz jakie mamy tu powiedzonko? – „You will definitely get wet couse you don’t sweat” – w wolnym tłumaczeniu „Na pewno zmokniesz, bo się nie pocisz”. Tłumacząc niedosłownie: w Luizjanie jesteś zawsze mokry albo z powodu gorąca albo deszczu. Nie wygrasz z tym.

Zwodowaliśmy łódź i ruszyliśmy przed siebie. Niebo wyglądało jak w listopadzie w Polsce. Ponure, szare, ale zdecydowanie nie burzowe. Było ciepło, padał deszcz, a my płynęliśmy kolejnymi kanałami. Bruce płynął szybko. Wiatr chłostał nas deszczem, a szum silnika uniemożliwiał rozmowę. Zrobiło się zimno. Złapałem z dna łodzi czarny worek na śmieci, wyciąłem w nim dziurę na głowę i ręce i miałem gotową bluzę przeciwdeszczową. Sucho i ciepło. Bruce uśmiechnął się. On nadal stał bez koszuli, w swoich ogrodniczkach i prowadził łódź. Wyglądał jakby chłód i deszcz nie robiły na nim wrażenia. Kierunek jazdy wyznaczały jego falujące do tyłu, długie siwe włosy wystające spod bandany. Stał jak posąg i tylko wzdychał czasami. Zdecydowanie stracił dobry humor. Zrobiło się zimno i mokro. Deszcz chłostał skórę. Robiło się paskudnie. Musiał zwolnić, żeby dało się to wytrzymać. W końcu podpłynął do brzegu i schowaliśmy się w trzcinach. Myślałem, że to postój na przeczekanie, ale między rosnącą w wodzie „sawgrass” zauważyłem wystającą z wody małą plastikową rurkę, z której wypływała woda. Zanim zdążyłem zapytać, Bruce mi wyjaśnił:

–      Zobacz, tu masz słodką wodę ze studni głębinowej. Jak byłem mały, to tu była osada i stąd brali wodę. To ujęcie ma ponad sto lat. Ostatnio ktoś wymienił rurkę na nową. Tutejsi znają te miejsca i o nie dbają. Pamiętam jak 40 lat temu przypływaliśmy tu ze szklanymi butelkami po mleku albo słoikami i napełnialiśmy je wodą. Wtedy nie mieliśmy plastiku. Tak sobie tu ciurka już ponad 100 lat. Dużo ludzi o tym nie wie. Starzy pamiętają. To przydatna wiedza, jak zapomnisz wody z miasta.

Pogoda stawała się coraz bardziej nieznośna. Wzmógł się wiatr, a deszcz był coraz mocniejszy. W oddali uderzył piorun.

Spojrzałem na Bruce’a, ale nie dał po sobie poznać, że zrobiło to na nim wrażenie. Twardziele nie pękają, ale idioci umierają – pomyślałem. W końcu zapytałem.

–      Często zdarza Ci się być na bagnach w trakcie burzy?

–      Nie martw się, bardzo często.

Banie się nie wchodziło w rachubę. Strach paraliżuje i w niczym nie pomaga. Przyroda wymyśliła go, żebyśmy unikali niebezpieczeństw i podejmowali ucieczkę. W tej sytuacji, całkiem spokojnie dokonałem oceny sytuacji i pomyślałem, że powinniśmy zejść z wody. Jak nie trzymasz steru i jesteś zdany na faceta, który spędził tu całe życie, masz mało do powiedzenia. Możesz liczyć jednak na jego racjonalizm. W takich sytuacjach problemem jest „kozaczenie” kogoś, kto chce Ci pokazać, że jest wilkiem morskim na środku oceanu. Siedzieliśmy na wykonanej w całości z aluminium szalupie, na środku bagien rozległych na kilkadziesiąt kilometrów. Gdzie okiem sięgnąć rosły bycze języki i sporadycznie niskie drzewa. Byliśmy więc „najwyżej położonym obiektem” w promieniu kilkuset metrów i to w dodatku metalowym, na środku wody. Płynęliśmy powoli przed siebie. Rozmowa nie była już możliwa. Woda lała się z nieba strumieniami. Widoczność spadła do kilkudziesięciu metrów. Wiatr był tak silny, że miałem wrażenie, że pada nie z nieba, ale równolegle do powierzchni wody. Mój wyłowiony z wody kolorowy parasol był bezużyteczny. Wrzuciłem go pod ławkę, na której siedziałem, żeby nie zwiało go z powrotem do wody. Sprawdzał się natomiast worek na śmieci. Krople odbijały się od niego i mimo ulewy miałem nadal suchy t-shirt. Bruce’a nic nie chroniło. Deszcz niemiłosiernie smagał go po całym ciele. Musiał stać, żeby widzieć, gdzie płynie. Jednym słowem, zrzedła mu mina. W trakcie 10 minut dwa razy uderzyły pioruny. Zrobiło się wstrętnie. Siedziałem w ciszy, bo wiedziałem, że nie płyniemy bez celu. Musiał być jakiś plan i Bruce nie musiał mi się z niego tłumaczyć. W jednym z kanałów, na brzegu był drewniany pomost. Prowadził do kojca dla psów myśliwskich. Dach z blachy falistej, ściany z metalowej siatki i drewniane słupy podtrzymujące konstrukcję. W środku drewniana podłoga i ławy dla psów. Jedyne bezpieczne elementy konstrukcji w trakcie burzy. „Ściany” odseparowano od bagna układając wzdłuż nich elementy blachy. Chodzi o to żeby do środka dostawało się mniej węży i gryzoni. To prowizoryczne zabezpieczenie bo na wysokości ponad metra w jednym z oczek siatki wisiała świeża wylinka węża. W środku pozostawione duże drewniane ławy, żeby psy mogły na nich spać. Nam jedna z nich posłużyła za miejsce do siedzenia. Burza rozpętała się na dobrze. Rzęsisty deszcz uderzał w blachę falistą, dach naszego pomieszczenia, tak silnie, że chcąc rozmawiać, musieliśmy przekrzykiwać ten dudniący hałas. Za pomostem, do którego przymocowaliśmy łódź, leżał w wodzie duży, około 3 metrowy aligator. Prawie cały pysk miał nad wodą. Leżał bez ruchu i wyglądał jakby delektował się deszczem. Raz na jakiś czas słyszeliśmy grzmot pioruna. Wyjąłem z plecaka schowane na takie sytuacje batony czekoladowe i poczęstowałem Bruce’a. Usiedliśmy wygodnie z widokiem na wodę z jednej strony i ciągnąca się po horyzont bycze języki z drugiej i rozmawialiśmy dla zabicia czasu.

–      Zobacz Bruce – wylinka – co to jest za wąż?

–      Mokasyn.

–      Ugryzł Cię kiedyś?

–      Tak, w zeszłym roku. Siedzieliśmy z żoną w domu, bo miałem Covid, ale myślałem, że zwariuje z nudów, więc sporo pracowałem wokół domu. Powiedziałem, że muszę tę cholerę rozpracować, mam na myśli chorobę – uśmiechnął się – poszedłem za dom naciąć drzewa i ugryzł mnie mokasyn miedziogłowiec. Rozumiesz? Chory na Covid, rąbiący drewno Bruce Mitchel ugryziony przez mokasyna, pod własnym domem…

–      Pojechałeś do szpitala?

–      Nie, one są jadowite, ale nie zabójczo. Źle się czułem z powodu koronawirusa. Po ugryzieniu poczułem się jeszcze gorzej. Cholernie paliło w miejscu ugryzienia, ale nie pojechałem do szpitala. W końcu przeszło.

Dziewięćdziesiąt procent ludzi podjęłoby inną decyzję, ale jak widać, jemu wyszło to na zdrowie. Kojec, w którym się schroniliśmy, mógł posłużyć za schronienie nawet dla kilkunastu psów. W środku konstrukcji ludzie pozostawili małe krzesełka dla myśliwych. To miejsce posłużyło nam jak opuszczona chata w górach, w trakcie zamieci. Z tą różnicą, że tu niemiłosiernie śmierdziało wężami i odchodami gryzoni.

–      Kiedy w tych kojcach są psy, Bruce?

–      W sezonie polowań na jelenie. Myśliwi przywożą je tutaj. Sami siedzą na tych krzesełkach i piją burbona, a psy biegną na bagna. To są mądre psy, wiedzą gdzie mogą chodzić, a gdzie wpadną do wody. Tropią jelenie, dziki, sarny, rysie. Wszystko. Myśliwi czekają. Jak usłyszą ujadanie to ruszają w drogę. Czasami psy otoczą zwierzynę i czekają, innym razem same zaatakują i zagryzą np. sarnę. Te kojce są po to, żeby można było je karmić, dać im wodę i żeby miały gdzie spać. Psy się czasami gubią. Nie ma ich całymi dniami. Jak pływam po okolicy i zobaczę psa na brzegu, to wsadzam go na łódź i przywożę tutaj lub do innego kojca. W końcu właściciel go stamtąd zabierze do domu. To takie niepisane prawo tutaj, żeby te psy zabierać i odwozić do kojców. Czasami, jak mam dosyć ludzi i świata, zabieram mój kajak, broń, jedzenie i ewentualnie koc i śpię tutaj. Nie raz tu nocowałem. To takie tutejsze schronienie. Lepsze niż namiot i nie włamujesz się nikomu do domu. Ja tu odpoczywam. Luzuje emocje, wyciszam się i uciekam od świata.

–      Rozumiem Cię, ale patrząc na tę siatkę i dach, to nie jest najlepsze miejsce, żeby się chować przed burzą.

–      Nie jest. Miałem w życiu kilka sytuacji z piorunami. Mój ojciec mi opowiadał, że jak był mały, to piorun zabił na polu jego dwóch kolegów, bliźniaków. Niedaleko stąd. Zbierali ogórki na polu. Nie mieli szans jak ich trafiło.

Dokładnie w tym momencie spojrzałem w prawo na aligatora, który leżał w wodzie. Około 30 metrów za nim uderzył piorun. Uderzenie było tak potężne, że aż zadzwoniło mi w uszach. Bruce zamilkł, ja też. Było blisko, niecałe 100 metrów. Uderzył w płaski teren za kanałem. Na drugim brzegu. Mieliśmy sporo szczęścia. Spojrzeliśmy na siebie i się uśmiechnęliśmy. W takich sytuacjach nie pozostaje nic do powiedzenia. Było naprawdę blisko, aż mnie ciarki przeszły po plecach. Po około minucie milczenia Bruce zagaił.

–      Kiedyś karmiliśmy aligatory w stawie. Przyszła burza. Pioruny waliły gdzieś w oddali, więc staliśmy i robiliśmy swoje. Nagle walnęło. Człowieku, żebyś to widział. Prąd przechodził po całym ogrodzeniu dookoła nas. Całe zaczęło świecić, a my staliśmy w środku i patrzyliśmy na ten spektakl. Deszczu nie ma się co bać. Aligatory są w wodzie, a my na powierzchni. Na węże uważamy. W razie czego masz przy sobie broń, ale z piorunami nic nie zrobimy. Szansa, że znowu walnie obok nas jest mała, więc pozostaje czekać. Co miało być, już było. Teraz czekamy, aż się skończy

–      Dokładnie tak.

Siedzieliśmy dalej uwięzieni w tej metalowej klatce. Przez cały czas niebo było szare jak w pochmurny dzień. Nie było granatowo czarne, jak to zwykle bywa w Polsce w trakcie burzy. Było monotonne, zwyczajnie zachmurzone. W końcu, po 10 minutach przestało padać. Czasami w oddali słyszeliśmy uderzające pioruny, więc postanowiliśmy jeszcze chwilę zaczekać.

–      Polowałeś kiedyś z własnymi psami? Trzymałeś je w tym kojcu?

–      Z moimi nie, ale towarzyszyłem myśliwym.

–      Macie tu problem z dzikami? W Teksasie jest plaga. Niszczą wszystko, a ich populacja dalej rośnie.

–      Tu jest to samo. Opowiem Ci historię sprzed kilku lat. Reżyser Swamp People zaproponował mi kiedyś, że zrobimy odcinek o polowaniu na dziki. Pojechaliśmy do lasu. Zaparkowaliśmy pick-upa, obok polany, a ja wskoczyłem na pakę. Reżyser i operator ustawili się do kręcenia. Miałem 2 strzelby i 30 nabojów. Obie naładowane. Stado stało kilkadziesiąt metrów od nas. Strzeliłem do osobnika najbardziej oddalonego ode mnie, po prawej stronie stada i do drugiego, który stał tuż obok. Trafiłem oba. Stado zaczęło uciekać w lewo, więc wziąłem na cel tego, który biegł pierwszy. Też trafiłem. Te, które biegły za nim, zaczęły zawracać i wpadły na te, które były za nimi. Zaczęły się przewracać. Zrobiło się wielkie zamieszanie, tratowały się i przewracały nawzajem, a ja miałem czas. Trafiłem kolejne kilkanaście sztuk. Jak skończyłem strzelać, zadowolony odłożyłem broń i spojrzałem na reżysera. Ten wściekły, toczył pianę z ust, miał czerwoną ze złości twarz, patrzył na mnie z tymi pełnymi furii oczami i krzyknął: „Coś Ty k…. zrobił. Ja nie mogę tego pokazać w telewizji. To jest jakaś k…. masakra, a nie polowanie…”

–      No trochę miał rację, Bruce… – uśmiechnąłem się, ale on kontynuował.

–      Następnego dnia powtórzyliśmy to samo w innym miejscu. Znowu stanąłem na pace auta, ekipa przygotowała się do kręcenia i zacząłem strzelać. Tym razem dali mi 5 naboi. Ostatnim, piątym trafiłem dwie sztuki. Zabiłem sześć dzików. Odłożyłem broń, patrzę na reżysera, a on na to: „Musiałeś k**** się popisać, no musiałeś…”

–      Co się dzieje z mięsem upolowanych zwierząt, które zabijacie w trakcie kręcenia programów?

–      Zawsze podpisuje papiery, że wszystko ma trafić do obróbki. Nic się nie marnuje, więc jest ok.

W końcu burza ustała. Przynajmniej tak nam się wydawało. Wyszliśmy z kojca, przetarliśmy ławki na łodzi i ruszyliśmy dalej. Niebo dalej było szare, wyglądało spokojnie. Nie było wiatru ani deszczu. Cisza po burzy. Sunęliśmy powoli kanałem i zaczęliśmy rozmawiać. Tak przepłynęliśmy kilkaset metrów i nagle uderzył piorun. Tym razem jakieś pół kilometra od nas.

Co jest…? – rzuciłem bezwiednie, a na twarzy Bruce zobaczyłem takie samo zdziwienie, jakie płynęło z mojej wypowiedzi.

–      Dobra, zawracamy – nie wiem skąd się wziął, ale to przestaje być śmieszne – powiedział poważnie Bruce.

Kolejne 40 minut płynęliśmy do miejsca gdzie zostawiliśmy samochód. Było zimno, ale nie padało. Czasami w oddali uderzył piorun. Po kolejnym uderzeniu Bruce rzucił od niechcenia:

– Czekamy na brzegu czy płyniemy dalej? – zapytał mnie – nie chcę, żeby jutro w CNN powiedzieli, że Bruce Mitchell z pisarzem z Polski zginęli od uderzenia pioruna.

–      Nie wiem Bruce, brzegu nie ma, możemy schronić się w trzcinach, ale dalej będziemy na tej metalowej łodzi. Nie mamy wyjścia, musimy płynąć.

Pytanie Bruce było retoryczne. Dobrze wiedział, że nie mamy wyjścia. W takiej sytuacji ludzie tracą potrzebę rozmowy. Nie pozostaje nic innego tylko wierzyć w powodzenie i czekać, płynąc do celu. Gdy ujrzeliśmy parking zrobiło się jakby bezpieczniej, ale nadal nie mogliśmy być pewni, że damy radę. W końcu wyszliśmy na brzeg. Ja zostałem przy brzegu, trzymając na linie łódkę, a Bruce poszedł po samochód. Udało się. Nie będziemy w CNN – pomyślałem – całe szczęście.

Wracając z bagna zobaczyliśmy przy autostradzie duży, plastikowy, niebieski worek. Wypchany czymś wewnątrz, leżący tuż przy prawym pasie drogi.

Bruce wskazał na niego i zażartował:

–      Pamiętaj nigdy nie otwieraj w Luizjanie worka, który znajdziesz przy drodze

–      Dlaczego?

–      Nigdy nie wiesz co będzie w środku… – zaczął się głośno śmiać – tutaj jest się naprawdę łatwo pozbyć zwłok. Aligatory szybko załatwiają sprawę.

Zacząłem się głośno śmiać i zanim wróciliśmy do domu zacząłem już żałować, że nasza przygoda dobiega końca. Bruce jest fantastycznym opowiadaczem historii. Jest inteligentny i otwarty. Naprawdę go polubiłem. To twardy człowiek, który przetrwa w każdej sytuacji i który lubi ludzi. Na koniec naszego wspólnego wypadu zadałem mu ostatnie pytanie:

–      Jakbyś opisał bagna jednym słowem, Bruce?

–      Raj.

–      Raj?

–      Tak, to jest raj. Tam człowiek ma wszystko, żeby przetrwać. Tam się wychowałem, bagna to mój dom.

Fragment książki „Luizjańskie gumbo”

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Copyright © 2023 Artur Owczarski. All Rights Reserved. | Intuitive by Catch Themes